Podlasie – co warto zobaczyć

Dziś nie podam wam żadnego przepisu, ale chciałam was zachęcić do weekendowej wizyty na Podlasiu.

Jak wiecie, albo i nie (kto to wie) Podlasie leży na wschodzie naszego pięknego kraju i jest traktowane jako najbardziej multikulti region w Polsce. Mieszają się tam wpływy Polaków, Białorusinów, Żydów i Tatarów. Nam najbardziej podobała się wszechogarniająca cisza i małe miasteczka z drewnianymi domkami. Ja jechałam z nastawieniem na spróbowanie regionalnych specjałów. No i chyba się udało. Raz było lepiej – w Budach, w Karczmie Osocznika – raz gorzej – w Kruszynianach, w Tatarskiej Jurcie, ale o tym napiszę dużo więcej w następnym poście.

podlasie

Naszym głównym celem było zwiedzenie głównych punktów i zobaczenie żubrów w Puszczy Białowieskiej. Jak przyszło co do czego, to okazało się, że przejechaliśmy prawie 600 km. Ale było warto!

tykocin - zamek

Zamek w Tykocinie.

Nasz pierwszy przystanek po wyjeździe z Warszawy to Tykocin – małe miasteczko, gdzie przed II Wojną żyło tylu Żydów ile mieszkańców miasteczko liczy obecnie (ok. 2000 osób). W Tykocinie można zwiedzić synagogę w stylu barokowym (w soboty wejście za darmo), zbudowaną w 1642 r, i jest podobno jedną z lepiej zachowanych w Polsce. Trochę poza centrum miasteczka znajduje się też zamek z 1469 r., niedawno zresztą odrestaurowany. Nie wchodziliśmy do środka, więc nie wiele mogę powiedzieć o tym co się tam znajduję. Jeśli jesteście głodni, to w miasteczku jest kilka restauracji z lokalną kuchnią, my nie próbowaliśmy – byliśmy zbyt podekscytowani wizytą w Tatarskiej Jurcie. W Tykocinie spędziliśmy mniej niż godzinę, pewnie dlatego, że nie weszliśmy do zamku.

Suprasl

Jeden z wielu drewnianych domów w Supraślu.

Następną atrakcją był Supraśl. Postanowiliśmy nie zwiedzać Białegostoku, bo ponoć nie ma tam nic ciekawego, poza tym zabrałoby to nam zbyt wiele czasu. Supraśl ceniony jest za swój ekologiczny klimat, przez brak okolicznego przemysłu – warto przejść się się ścieżką (zdrowia?), która prowadzi wzdłuż rzeki Supraśla od prawosławnego monasteru aż do centrum miasteczka – jest bardzo malowniczo i spokojnie, są ławeczki, plaża i strzeżone kąpielisko. Cały ten kompleks prawosławny jest ładny, jednak nie można wejść na teren cerkwi odgrodzonej wysoką, drewnianą bramą bez przymusowego “co łaska” do ręki duchownemu, który mieliśmy wrażenie, że zagląda każdemu w kieszeń i miał bardzo nietęgą minę, że dostał od nas 6 zł a nie 10 jak reszta. Ja się jednak nie poczuwam za płacenie za kota w worku. W środku wchodzi się na podwórze i cerkiew naprawdę jest śliczna. W środku akurat przewodnik opowiadał historię cerkwi, więc mogliśmy się czegoś o niej dowiedzieć, co było bardzo miłym akcentem. Jest natomiast zakaz robienia zdjęć wewnątrz. W całym tym kompleksie znajduje się też muzeum ikon, jednak ja fanką ikon nie jestem, więc “ścieżką zdrowia” ruszyliśmy do centrum miasteczka, gdzie warto pochodzić i pozwiedzać małe uliczki z pięknie zachowanymi drewnianymi domami.

Krynki orthodox church

Mała cerkiew w Krynkach.

Po drodze do Kruszynian przejeżdżaliśmy jeszcze przez Krynki. To malutkie miasteczko znane jest podobno z bycia jednym z dwóch na świecie (drugie w Paryżu), z rondem, od którego odchodzi aż 12 ulic. Może rondem bym tego nie nazwała, bardziej placo-parkiem, ale było zabawnie jak chcieliśmy odnaleźć małą, uroczą cerkiew i krążyliśmy dookoła ronda szukając dobrej ulicy. Tutaj też można znaleźć pozostałości po synagodze, bo także to miasteczko przed II Wojną Światową zamieszkiwali prawosławni, katolicy i żydzi.

Kruszyniany - Tatars' wooden mosque

Drewniany tatarski meczet w Kruszynianach

Mega głodni, wreszcie dojechaliśmy do Kruszynian. Sprawdziliśmy czy będzie miejsce w Tatarskiej Jurcie i ruszyliśmy do meczetu. To najpiękniejszy, bo zupełnie inny, drewniany i zielony meczet, niż wszystkie jakie widziałam. Podobno jedyny w swoim rodzaju na świecie. Wygląda nawet bardziej jak kościół niż meczet – dlaczego? O tym i o wielu innych ciekawostkach opowiedział nam wewnątrz prawdziwy Tatar, mieszkaniec wsi. Ano właśnie – Tatarzy byli żołnierzami i nie mieli czasu na budowę swojej świątyni. Zlecili to więc miejscowym, a oni zrobili jak umieli, czyli na wzór kościoła. Wchodząc do meczetu oczywiście należy zdjąć buty, natomiast nie trzeba nakrywać głowy, tak jak należy robić będąc np. w Turcji. Przez ok. 15 min pan Tatar opowiedział nam bardzo skróconą wersję historii Tatarów w Polsce i swoich zwyczajów. To chyba najlepiej wydane 5 zł (bo tyle kosztuje wejście) w ciągu tej wyprawy. Meczet w środku jest prześliczny, a to o czym mówił nasz przewodnik nie dość, że ciekawe to jakie edukujące – pokazujące, że można mieszkać w jednej wsi, szanować wszystkie kultury, które są dookoła i koegzystować w spokoju i zgodzie. Myślę, że warto byłoby sprowadzić tu kilku takich, co nie są w stanie tego pojąć.

Tatarska Jurta

Tatarska Jurta w Kruszynianach.

Po tym wszystkim wrócilismy na obiad do Tatarskiej Jurty, i o tym co się tam działo i jakie wrażenia odnieśliśmy będzie w następnym wpisie.

Po obiedzie zostawiliśmy za sobą północne Podlasie, żeby dotrzeć do Hajnówki, oddalonej o ok 90 km, gdzie mieliśmy załatwiony nocleg. Zajazdu, w którym nocowaliśmy nie polecam, ale przez to, że wyjazd uzgodniliśmy na za 5 dwunasta, nie było już miejsca nigdzie indziej, jako że był to ostatni wakacyjny długi weekend. Spaliśmy więc w Zajeździe Wrota Lasu, i dla mnie wyglądało to tak, jakby czas zatrzymał się tam w latach ’90. Nasz pokój był dosyć brzydki, dobrze, że wszystko wyglądało na czyste, mieliśmy własną łazienkę, a obsługa była bardzo miła, jednak nie wrócilibyśmy tu nigdy więcej. Przede wszystkim z powodu śniadania. Kawa instant, ugotowane na twardo jajka, były tak przegotowane, że aż zzieleniały. Jajecznica wyglądała i smakowała tragicznie i potrzebowała dużo doprawienia. Na stole były też parówki, ale tych zawsze boję się nawet próbować, ponieważ wątpie, że jest tam choć trochę mięsa. Były też (jednorazowe) dżemy pełne cukru, nutella, dziwnie wyglądające wędliny i żółty ser, który wyglądał raczej na produkt seropodobny niż prawdziwy ser. Duży plus, że pieczywo było świeże (chociaż bułki dmuchane). Ja zjadłam więc bułki z masłem, pomidorami i ogórkiem. Tak jak zaznaczyłam na początku – śniadanie wydaje się zatrzymało się na typowych z lat ’90. Mamy jednak 2016, więc warto byłoby przykładać więcej uwagi do jakości produktów!

Jeśli chcecie jeść w Hajnówce – uważajcie. Jak sprawdziliśmy na TripAdvisorze, są tam tylko 3 restauracje regionalne. Ta z najlepszymi ocenami zamykała się w sobotę o 18:00. Druga to Starówka – plus za dostępność regionalnych piw, ale nie byliśmy niestety w stanie ich spróbować, ponieważ przez 20 min nikt nie raczył nawet podejść do nas z menu, pomimo, że do obsługi było jakieś 5 stolików, i obsługa widzieć nas musiała, jako, że siedzieliśmy prawie na wprost baru. Po 20 min. poddaliśmy się i poszliśmy do restauracji nr. 3 – Leśnego Dworku. Nie mam zielonego pojęcia skąd nazwa, bo restauracja znajduje się w piwnicy w środku blokowiska, nie ma też dookoła żadnego nawet parku. Niestety nic nie zjedliśmy (chodź żałuję, bo miałam ochotę zjeść kartacze, a były w menu) trochę ze względu na strach przed tym co mogą nam podać, ponieważ cała restauracja trochę przeraża wystrojem. Zamawia się przy barze, potem zamówienie przynoszą do stolika. My zamówilismy dwa piwa i dwa drinki. Szkoda, że regionalne piwo skończyło się na piciu Żubra 😉 Niestety czego nie rozumiem i to co mnie najbardziej zaskoczyło to ceny, które są bardzo warszawskie.

Fried bread and regional beer

Smażony chleb – regionalna ciekawostka i regionalne piwo – polecamy. Do zjedzenia w miejscowości Topiło.

Po smutnym śniadaniu, które opisałam już wcześniej, ruszyliśmy na podróż kolejką wąskotorową w głąb puszczy. Kolejka odjeżdża o godzinie 10:00 (z tego co pamiętam to we wtorki, czwartki, soboty i niedziele), ale trzeba być wcześniej by kupić bilety (za zresztą kuriozalną cenę 30 zł / 20 zł ulgowe) i zająć miejsce w otwartym wagonie. My byliśmy o 9:35 i musieliśmy niestety spędzić godzinę w duchocie zamkniętego wagonu. Cała wyprawa trwa 3 godziny, po godzinie podróży w każdą stronę + godzinna przerwa na wsi zwanej Topiło. Jest tam białoruski sklep “Oszoł”, gdzie można zakupić białoruską wódkę, czekoladę i cygara, bar, gdzie można zjeść kiełbasę z grilla, bigos i regionalne ciasto Marcinek Hajnowski, wpisany zresztą na listę UE. Był dobry, trochę za bardzo maślany krem, ale dużo lepszy zjedliśmy w Sioło Budach tego samego popołudnia, o czym w następnym poście.

Topiło

Miejscowość Topiło – cel podróży kolejką wąskotorową.

 

Marcinek Hajnowski

Marcinek Hajnowski – regionalne ciasto z Hajnówki.

Niestety janusze wycwanili się bardzo i chyba wrócili do kolejki po 20 min, bo kolejny raz tym razem 10 min przed odjazdem nie było miejsc na zewnątrz. Tym razem jednak postanowiliśmy usiąść na podłodze (nie ma tam drzwi, a siedzieliśmy dokładnie przy wejściu więc trochę balansowaliśmy na krawędzi), ale było to o wiele lepsze i ekscytujące niż podziwianie puszczy zza plastikowej szyby (weźcie ze sobą spray na komary!).

jazda kolejką wąskotorową w puszczę białowieską

Życie na krawędzi? Podróż kolejką wąskotorową w Puszczę Białowieską.

Po podróży kolejką nadeszła pora na przedostatnią atrakcję, czyli ŻUBRY! Ok. 10 km za Hajnówką znajduje się rezerwat pokazowy żubrów. Ja bym powiedziała, że takie bardziej zoo, niż rezerwat, ale warto odwiedzić (wejście 5 zł), bo są tam nie tylko żubry, ale wiele inych dzikich zwierząt – żubronie (mix żubra z bydłem hodowlanym), wilki, jelenie (Bambi!),  dziki, polskie konie typu Tarpany, łosie. Super atrakcja dla dzieci. Teren jest wielki, niestety nie wiem dlaczego żubroń został potraktowany fatalnie i siedzi sam, zamknięty na bardzo małej przestrzeni. Reszta zwierząt ma dość duże wybiegi i nie bardzo przejmuje się gośćmi.

Żubroń

Żubroń – mix żubra z bydłem, i smutny jest bo samotny.

deer

Państwo Jeleniowie.

Znów bardzo głodni, udaliśmy się do rekomendowanej przez kilka blogerek Karczmy Osocznika w Budach (miejscowość leży ok. 5 km od drogi Hajnówka – Białowieża). O wizycie również w następnym poście.

Sioło Budy

Sioło Budy w Budach.

Na tym skończyła się nasza wyprawa. Dość zmęczeni, ale zadowoleni dotarliśmy wieczorem do Warszawy. Podsumowując – Podlasie jest piękne, choć korzysta bardzo z kieszeni odwiedzających region turystów. Małe miasteczka są urokliwe i naprawdę warto tam pojechać. Aż dziw, że nie byłam tam wcześniej (choć mama coś przebąkuje, że byliśmy w Białowieży jak byłam bardzo mała). Na całą podróż wydaliśmy ok 200 zł/os. włączając w to paliwo, nocleg, pamiątki (białoruska czekolada, czy trawa żubrówka – ciekawe czy da się zrobić z niej wódkę żubrówkę), obiady, i bilety wstępu.

Byliście na Podlasiu? Macie podobne wrażenia, a może zupełnie różne?

(Visited 902 times, 1 visits today)

Related Post